Wesele w nowej odsłonie – dramat Wyspiańskiego na współczesnej scenie

W niemal każdym sezonie któryś z warszawskich teatrów wraca do „Wesela" Stanisława Wyspiańskiego. Dramat z 1901 roku nie daje o sobie zapomnieć, a każda kolejna premiera stawia to samo pytanie: czy arcydramat narodowy jest jeszcze w stanie mówić o naszym społeczeństwie, czy też staje się muzealną pamiątką. Najnowsza adaptacja, przygotowana przez młody zespół reżyserski, próbuje odpowiedzieć na nie w sposób zaskakująco odważny. Nowości Wydawnicze Książki O Kulturze I Sztuce Które Polecamy.

Spektakl trwa niewiele ponad dwie godziny, co już na wstępie sygnalizuje daleko idące cięcia. Reżyser zrezygnował z części dłuższych monologów, zaufając skrótowi, gestowi i pauzie. Publiczność dopiero po kilku scenach orientuje się, że obcuje nie z klasycznym przedstawieniem, lecz z autorską wypowiedzią na temat klasyka. Jak Reżyserzy Interpretują Szekspira Na Warszawskich Deskach.

Reżyserska wizja i cięcia scenariuszowe

Najnowsza interpretacja bierze za punkt wyjścia pytanie o tożsamość – nie tyle narodową, co lokalną. Wesele w Bronowicach staje się pretekstem do rozmowy o współczesnej wsi, która od ponad stu lat szuka własnego miejsca między tradycją a nowoczesnością. Reżyser świadomie wydobywa z tekstu Wyspiańskiego te fragmenty, które brzmią dziś niemal proroczo: o pieniądzach, które nie dają szczęścia, o ambicji gubiącej człowieka, o zjawach wciąż nawiedzających zbiorową wyobraźnię.

W spektaklu pojawiają się też wstawki reporterskie – krótkie, dokumentalne nagrania z prawdziwych polskich wesel, wyświetlane na jednej ze ścian sceny. Zabieg mógł popaść w banał, ale w tym przedstawieniu działa jak ciche dopełnienie fikcji. Publiczność słyszy jednocześnie język sprzed ponad wieku i ten, którym posługujemy się dziś przy szampańskim toaście.

Scenografia i światło jako osobny bohater

Scenografia składa się z kilku ruchomych platform oraz ogromnego stołu biesiadnego, który w finale rozpada się na pojedyncze deski. Każdy z gości weselnych siedzi przy nim z własnym bagażem, lecz stół trzyma ich razem tylko pozornie. Światło, prowadzone oszczędnie i niemal ascetycznie, wydobywa twarze aktorów dopiero w momentach, gdy padają kluczowe kwestie.

W scenach zjaw reżyser światła rezygnuje z tradycyjnych efektów. Nie ma tu dymu ani zielonkawego blasku – pojawia się suchy, biały snop, w którym aktorzy mówią swoje teksty niemal szeptem. To rozwiązanie przywodzi na myśl zupełnie inną bajkę – choćby tę, którą opisano w tekście o choreografii budującej taniec z map opuszczonych kopalni, gdzie ruch i światło współgrają w zaskakujący sposób, tworząc nową jakość sceniczną.

Muzyka, śpiew i ciało w ruchu

Warstwę muzyczną współtworzy zespół na żywo, ukryty za półprzezroczystą kurtyną. Muzycy wykonują zarówno cytaty z muzyki ludowej, jak i autorskie kompozycje inspirowane melodią „Hej, wesele, wesele!". Pomiędzy piosenkami pojawiają się etiudy ruchowe – krótkie, powtarzalne sekwencje, w których ciała aktorów odtwarzają pracę na roli, taniec, ale też zmęczenie i oczekiwanie.

Ruch sceniczny ma tu znaczenie większe niż w wielu klasycznych inscenizacjach. Reżyser powierza choreografię osobie, która traktuje ciało aktora jak partyturę. W rezultacie każda scena ma swój wewnętrzny puls, a widz odnosi wrażenie, że obcuje z teatrem fizycznym w najlepszym, europejskim wydaniu.

Tło społeczne i polityczne współczesnego Wesela

Najciekawsze w tej adaptacji jest jednak nie tyle warstwa formalna, co sposób, w jaki reżyser rozmawia z Wyspiańskim o teraźniejszości. W spektaklu padają słowa o uchodźcach, o Kościele, o klasie średniej, która przeniosła się z Bronowic do podmiejskich osiedli. To nie są dosłowne cytaty z „Wesela", lecz echo jego problemów, które po ponad wieku wracają w nowych szatach.

Inscenizacja wpisuje się w szerszą tradycję warszawskich reinterpretacji klasyków – od Szekspira po Mickiewicza. Warto przy okazji zajrzeć do tekstu o tym, jak reżyserzy interpretują Szekspira na warszawskich deskach, bo widać tam podobną strategię: skrót, reinterpretacja i odwaga w skreślaniu „świętych" fragmentów kanonu.

Czy to jeszcze ten sam dramat?

Odpowiedź na pytanie zadane w zapowiedzi nie jest jednoznaczna. W tej inscenizacji „Wesele" pozostaje opowieścią o polskim społeczeństwie, które nie potrafi się porozumieć samo ze sobą. Jednocześnie to już tylko szkielet klasycznego dramatu, obudowany współczesnym językiem, nową estetyką i własnymi obsesjami twórców. A może właśnie o to chodzi: żeby tekst żył, musi być za każdym razem trochę inny.

Spektakl nie unika trudnych pytań, ale też nie daje łatwych odpowiedzi. To rzadkość we współczesnym teatrze i jeden z głównych powodów, by wybrać się na to przedstawienie – nawet jeśli komuś wydaje się, że „Wesele" widział już wystarczająco wiele razy.

Co przeczytać i obejrzeć przy okazji spektaklu