Kilkakrotnie ostatnio usłyszałam od bliskich mi osób, że jestem liberalna w swoich poglądach. Co istotne, każdorazowo było to stwierdzenie na melodię „ale Ci zazdroszczę, że taka jesteś…”. Nie zastanawiałam się nigdy nad tym głębiej, ale nadrobiłam to w ostatnich dniach i dochodzę do wniosku, że faktycznie, moje podejście do pewnych spraw można określić jako z pozoru liberalne.960057_518550974859468_325652286_n

Dlaczego z pozoru? Bo ja nie silę się na liberalność. Po prostu po wielu zebranych doświadczeniach, przestałam oceniać, przestałam kierować się przestrzeganiem społecznie uznanego „należy”. Z czego to wynika? Może z mądrości, a może z głupoty. Nie wiem.

„Wytykano” mi ów liberalizm zazwyczaj w ocenie sytuacji całkiem przyziemnych. W praktyce oznacza to po prostu tyle, że nie burzy mnie fakt, że ktoś rzucił pracę i pojechał zbierać truskawki w Holandii, przy okazji odnajdując swoje zagubione szczęście, tak samo nie mam problemu z tym, że moja koleżanka spotyka się z siedemnaście lat starszym mężczyzną, a mój trzydziestopięcioletni przyjaciel z maturzystką. Jest też dla mnie ok, jeśli stwierdzisz, że korporacja Cię męczy i od jutra postanawiasz być wędrownym śpiewakiem. Przechodzisz na islam? Jeśli czujesz, że to Twoja droga – trzymam kciuki. Wierzę, że każdy robi w swoim życiu to, co czuje i uważa za słuszne. I nawet jeśli te wybory wydają się być.. specyficzne (?), niezrozumiałe, to każde doświadczenie ma nas czegoś nauczyć, dlatego w ogóle jestem przeciwna nazywaniu czegoś złym wyborem czy nietrafioną decyzją. Wszystko dzieje się po coś, jakkolwiek banalnie to nie brzmi. Ponadto, życie mamy tak krótkie i tak nieprzewidywalne, że naprawdę szkoda czasu, żeby ustawiać je pod wymagania ogółu. Nikt za Ciebie nie będzie szczęśliwy, jeśli Ty nie będziesz. Nikt za Ciebie nie spełni Twoich marzeń, jeśli Ty tego nie zrobisz.

Dlatego też absolutnie nie ma we mnie sprzeciwu dla nonkonformizmu, pod warunkiem, że to jest mądry nonkonformizm. Co innego sprzeciwianie dla samego sprzeciwu, udawanie czegoś, by coś udowodnić, albo, nie daj Boże, ugrać. To już nie jest właściwe, to jest wręcz karygodne. Szokowanie dla poklasku to nie ta bajka. Lubię jednak rozmowy z ludźmi, którzy głośno przeżywają jakiś „eksces”, jak chociażby przytoczona wcześniej zmiana wyznania. Zachowują się wtedy jakby byli panami umysłów, znają motywacje, historie, wiedzą doskonale dlaczego on to tak, a tamtego nie. I kiedy ja mówię swoje jeśli tak czuje i tego chce, to o czym mam dyskutować?, nagle zapada cisza, zapał rozmówców gaśnie, świdrujące źrenice się zmniejszą i pada wtedy właśnie to wow, ale Ty masz liberalne podejście. 

Naprawdę? Naprawdę to jest liberalne podejście? To, że życzę ludziom jak najlepiej, nie oceniając ich postępowania? Jakie ja mam prawo, żeby to robić? Jakie Wy macie prawo? No jakie? Co Was to obchodzi kto, co i z kim robi w łóżku? Co Wam przeszkadza to, że ktoś rzuca studia i zostaje tarocistą? To nie Wasze życie. Jeśli ten człowiek jest szczęśliwy, to warto przybić mu piątkę i cieszyć się Jego dobrą energią.

Przeprowadziłam kiedyś taką właśnie rozmowę, przedstawiłam, tak jak teraz, swoje racje, a mój rozmówca rzucił wtedy ..no tak, ale to nie jest takie proste.. jest rodzina, rodzice, ciotki, szef, sąsiedzi…co oni powiedzą… Nie wiem, może Was to zdziwi, ale też mam rodzinę, rodziców, ciotki, szefa i sąsiadów. I rozumiem, że to jest trudne. Sama jestem bardzo silnie związana ze swoimi bliskimi i pewnie nie byłoby mi łatwo obwieścić nowinę, społecznie uznawaną za kontrowersyjną. Pewnie tak, ale po pierwsze: nawet najbliżsi nie przeżyją za mnie mojego życia. To trudna do uświadomienia i wypowiedzenia teza, ale tak jest i nie ma sensu się od tego odcinać. Po drugie: wierzę, że nawet jeśli o jakiś decyzjach trudno nam mówić, to warto pamiętać, że tak naprawdę, gdy my będziemy szczęśliwi, Ci bliscy także będą(a przynajmniej powinni..). Może nie od razu, ale z perspektywy czasu na pewno. Wszystko jest relatywne, kwestia Twojego podejścia. Oczywiście, sytuacje są różne i nie chodzi o to, by całą swoją życiową energię władować w siebie. Nie, ale chodzi o to, by nie dać sobie wmówić życia. Społecznie uznanego, akceptowalnego. Cudzego.

Rozsądny hedonizm jest ok. Pamiętajcie, że nikt nie będzie za Was szczęśliwy, nikt się za Was nie przewróci, nikt nie spełni za Was marzeń. Ze smutkiem patrzę na ludzi, którzy nie pozwalają sobie na radość, miłość, wolność, właśnie ze względu na konwenanse. Uzależniają swoje życie od ocen innych. Wydaje im się, że są spójni, a tak naprawdę w środku są potłuczeni jak porcelana zrzucona z dziewiątego piętra. Dbajcie o siebie, swoje emocje, swoje życie. Nikt za Was tego nie zrobi. Róbcie to, co kochacie i nie oceniajcie innych nie będąc w ich butach. Wy też z pewnością nie chcielibyście być ocenieni. Każdy ma prawo być szczęśliwy, nie każdy ma odwagę. Jeśli ją odnalazł, doceńcie to zamiast osądzać.

katarzyna hanna binkiewicz 
krytykat
Advertisements