Nie robię postanowień noworocznych. Wcale nie dlatego, że ich nie wypełniam. Przeciwnie – robię to z niewysłowioną wręcz gorliwością. I w większości przypadków pluję sobie potem w brodę. Dlaczego?

sf6-_c1

Może dlatego, że moje postanowienia zawsze dotyczą sfer moralno-emocjonalnych. Każdorazowo planowałam, że z kimś porozmawiam, zakończę jakąś znajomość, inną odnowię. Przeproszę, powiem co myślę, wybaczę lub zapomnę.

Wiem, że to są fantastyczne pomysły, zdecydowanie warte wprowadzenia w życie, ale nie w okresie noworocznym. Mam wrażenie, że wtedy biochemia mózgu się zmienia i ludzie podejmują dziwne decyzje, kierują się jakimś mistycznym planem, a nie realnymi potrzebami. No bo wypada, żeby z okazji Nowego Roku zafundować sobie ekspresowy program „change my life” i udowodnić wszystkim, co potrafię i jaki ze mnie bezbłędny logistyk. I wychodzi jak wychodzi właśnie…

I te moje piękne plany zwyczajowo okazywały się trochę nazbyt pompatyczne i niekoniecznie współmierne z planem tej drugiej strony. No ostatecznie chociaż sobie ciało emocjonalne oczyszczałam, tyle dobrego.

Tak czy inaczej, planom noworocznym mówię nie. Dlatego, na przekór, ten tekst pojawia się w lutym, a nie w styczniu – najpłodniejszym w postanowienia i plany miesiacu. Może gdybym potrafiła robić takie przyziemne listy, gdzie pisałabym, że chcę kupić samochód i zapisać się na niemiecki, to byłoby łatwiej. Ale nie umiem, więc nie robię. Proste. To znaczy, wiadomo, napisać można wszystko. Tylko po co? I tak zaraz zgubię kartkę z tymi planami, albo w ogóle zapomnę, że powstała.

Zamiast planów od kilku lat robię sobie rachunek sumienia. I to jest naprawdę mocne przeżycie. Jeden wieczór (noc…) rezerwuję wyłącznie dla siebie i przeglądam stare rozmowy facebookowe, smsowe, czytam notatki w kalendarzu, zapiski w zeszytach, odświeżam sobie stare teksty. I analizuję. Czego było za dużo, czego za mało. Co się zmieniło, ile było fajnych i ile złych chwil. Nad czym powinnam popracować, a co już osiągnęłam i mogę z dumą się tym chwalić. To taki słodko-gorzki czas, który daje mi, jako niepodległej jednostce, ogrom wiedzy, energii i motywacji. Taki skan to wiele więcej niż puszczane w próżnie puste terminy, założenia, ograniczenia i konieczności. I absolutnie nie jestem przeciwna planowaniu i tworzeniu list – podziwiam ludzi, którzy to robią i którzy potrafią się tych list trzymać. U mnie to się po prostu nie sprawdza.

A mój rachunek sumienia automatycznie budzi we mnie to, co powinno się wydarzyć w tym nadchodzącym roku. To fajna nauka.

Może Wam też się to sprawdzi? Do rachunku dorzućcie jeszcze słoik wspomnień – ja już drugi rok takowy posiadam. Każda dobra chwila, emocja, wspomnienie zostają zapisane na kartce i lądują w słoiku. Wiecie ile radości daje przeczytanie tych wszystkich zapisków? Niekoniecznie pod koniec roku w ramach podsumowania, ale w każdym innym momencie, kiedy na przykład jest smutno albo brakuje motywacji. To kumulacja dobrej energii. Zaręczam Wam – niewymuszony uśmiech zagości na Waszych twarzach.

Moja faktura za 2013 jest średnia, ale ile lekcji przyjęłam…

2014 zaczął się dobrze. Moje przychody pokryły się z kosztami. Mogło być lepiej, ale nie narzekam. To i tak dobry wynik. Wy postarajcie się, żeby Wasze przychody zawsze były tysiąckrotnie wyższe niż wydatki. Tego Wam życzę!

Advertisements